Tajlandia Fotografie
Bangkok | Phuket | Pho Phi Phi | Ko Yao Noi | Krabi | Khao Sok | Chiang Mai | Chiang Rai
Tajlandia – podróż, która zmieniła wiele
Są podróże, które cieszą. Są podróże, które zachwycają. I są takie, które zmieniają sposób myślenia. Tajlandia jest jedną z nich. Wciąż widzę przed oczami turkusową wodę pomiędzy skałami. Słyszę muzykę na Khaosan road i dźwięk silnika na rajskich plażach południa. Nie planowałam tu być. To nie był czas na Tajlandię. Jednak znalazłam się tu po coś. Po kolejne wielkie wyjście ze strefy komfortu, pełnej kontrastów, emocji i momentów, które na zawsze zostaną we mnie.
Bangkok – chaos, który wciąga
Wszystko zaczęło się w Bangkoku – mieście, które zachwyciło bardziej niż Nowy York (tak, zgadza się ten w USA!!). Korki, upał, neony i świątynie przeplatające się ze strzelistymi wieżowcami. Wystarczyło kilka godzin, bym zrozumiała, że to miasto ma swój rytm, w którym czuję się jak ryba w wodzie. Wat Arun o zachodzie słońca zachwycił mnie swoim położeniem. Ale prawdziwa magia Bangkoku ukrywa się w małych uliczkach, na targach z jedzeniem, w nocnych marketach, gdzie można spróbować wszystkiego – od pad thaia po nowe odkrycie kulinarne – mango stickey rice. Tak banalne, a tak rozkochiwałam się z każdym kęsem.
Phuket – w drodze do…
Z Bangkoku poleciałem na Phuket – wyspę, o której marzy wielu turystów. I chociaż słyszałam, że jest komercyjna, to jednak trafiłam na nią, bo tylko tutaj znalazłam noclegi poniżej 200zl za noc. Niestety w szczycie sezonu bez wcześniejszych rezerwacji to był strzał w kolano, ale o tym później. Na Phuket zaliczyłam “najpiękniejsze” plaże. Przytłoczona ilością turystów kupiłam wycieczkę na Phi Phi i zaraz po niej popłynęłam dalej.
Ko Yao Noi – perełka wśród wysp Tajlandii
Ale to, co naprawdę zostawiło ślad w mojej duszy, to wycieczka na Ko Yao Noi – niewielką wyspę, gdzie życie płynie wolniej. Duża wieś. Bez tłumów, bez hałasu. Tylko natura, szum morza i serdeczność mieszkańców. Wypożyczyłam rower na 4 dni, zrobiłam hopping island, codziennie zachwycałam się zachodami słońca i to był najpiękniejszy prezent jaki mogłam sobie wręczyć na urodziny.
Krabi – klify jak z bajki
Następny przystanek – Krabi. Tutaj dołączyłam się do znajomych z Polski. Trochę nie zgraliśmy się odnośnie planowania podróży, bo jednak co 4 głowy to nie jedna, jednak ten czas zaliczam do worka z doświadczeniami! Pływaliśmy w basenie i zwiedzaliśmy okoliczne plaże, podsumowując słońca nigdy dość! Kolejno zdecydowaliśmy kontynuować razem wspólną podróż. Po rozmowach, trzymając się ramy “to była nasza wspólna decyzja” trafiłam ponownie do prowincji Khao Sok.
Khao Sok – noc w sercu dżungli
Khao Sok to jedno z najbardziej magicznych miejsc w Tajlandii. Dżungla starsza niż Amazonia, jezioro Cheow Lan z domkami na wodzie i cisza, której nie zakłóca nic poza śpiewem ptaków i odgłosami motorówek. Ostatni nieudany wypad zastąpił wspaniały długi rejs łodzią, krótki spacer po dżungli oraz zahaczenie o wyjątkowe miejsce – coral Cave. To był moment, w którym poczułem się mały wobec potęgi natury, ale jednocześnie częścią czegoś większego.
Chiang Mai – duchowa stolica Tajlandii
Południe Tajlandii było rajem dla oczu, ale północ stała się ucztą dla duszy. Chiang Mai to miasto świątyń, spokoju i kultury. Ale Chiang Mai to też natura – trekking w dżungli, kąpiel ze słoniami w sanktuarium, gdzie nie używa się łańcuchów, i wieczory na nocnym bazarze, gdzie za kilka bahtów można zjeść przepyszne dania z Tajlandii.
Chiang Rai – biały sen i złota tajemnica
Jeszcze dalej na północ, jeszcze bardziej tajemniczo. Chiang Rai to miejsce, gdzie sztuka miesza się z duchowością. Biała Świątynia (Wat Rong Khun) wygląda jak z bajki – biel symbolizuje czystość, a lśniące lustra odbijają światło, tworząc wrażenie, jakby świątynia unosiła się w powietrzu.
Ale to Złoty Trójkąt – miejsce, gdzie spotykają się granice Tajlandii, Laosu i Birmy – zrobił na mnie największe wrażenie. Historia tego regionu, dawniej centrum handlu opium, przypomina, jak wiele tajemnic kryje Tajlandia. Powrót do Bangkoku, podróż, która się nie kończy. Ostatnie dni spędziłam znowu w Bangkoku. Tym razem w duecie. Patrzyliśmy na to miasto inaczej – nie jako turysta, ale jako ktoś, kto czuje jego rytm. Taxówka po miescie rzeką Chao Phraya, China Town, kolejne zjedzone Phat Thaie z krewetkami.
Tajlandia to była duża lekcja życia. Jeden z najłatwiejszych krajów do podróżowania na świecie odebrał mi tak wiele. Płakałam, że nie wychodzi. Płakałam, że sobie nie radzę. Płakałam, że nie lubię być sama. A potem zrozumiałam, że najpiękniejsze chwile to te, które przychodzą niespodziewanie – w rozmowie z nieznajomym, w zachodach słońca, w miejscu, w którym nie planowałam być. W czasie, którego nie zaplanowałam.
To kocham w podróżach, że “pomimo” – są. I pomimo wszystkich pomimo. Nie przestanę. Bo jak się coś kocha, to się nie przestaje.
Zapraszam na spacer, ze mną.
O.
Tajlandia Fotografie
Poprzednio:
18# Sri Lanka
17# Indie
16# Tanzania




































































